Kot w domu

Kot w naszym domu nie był planowany, ale jego zjawienie też nie było ot tak. Od adopcji Milki nikt z domowników nie myślał o posiadaniu kolejnego kota. Wyjątkiem była moja siostra, która od czterech lat na urodziny i święta miała jedno życzenie - kot. Rodzice się nie zgadzali, ja się nie zgadzałam, brat również. Babcia była bezstronna. Los jednak chciał, żeby owe zwierzę do nas trafiło i tak dwudziestego trzeciego lipca w naszym domu pojawiła się prawie dwu miesięczna kotka Malina. Trzeba dodać, że nazywa się tak tylko w teorii, w praktyce mówimy na nią po portu Kot.


O Malinie i jej rodzeństwie dowiedzieliśmy się będąc u rodziny na wakacjach. Właścicielka Harda, Dixi i Meli znalazła je jakiś czas temu w stodole i musi znaleźć im dom. Jak tylko moja siostra się dowiedziała to błagała tatę, żeby zgodził się jednego wziąć. Z mamą mówiłyśmy stanowcze nie, ale on się zgodził. I tak przez tydzień Gosia chodziła do sąsiedniego domu odwiedzić maluchy czasem zabierając Malinę na "nasze" podwórko, żeby pozwiedzała okolicę. Za dużo nie zwiedziła, bo jak tylko puszczaliśmy ją na trawę, ona czmychała na płaską powierzchnie. Głównie był to taras i szopka.
Nadszedł dzień powrotu. Malina miała już kupioną miskę i dwie zabawki. Tuż przed wyjazdem dostałyśmy pudełko karmy, którą tam jadła i samo robiony drapak. Kilkugodzinna podróż minęła bardzo dobrze. Kociak głównie spał w kartoniku, a jak się budziła to bawiła się skrawkami papieru. W domu byliśmy chwilę po dziewiątej wieczorem. Radość Milki, kiedy mnie zobaczyła była jest nie do opisania. Biegała w kółko, skakała i nie wiedziała co ze sobą zrobić. Jej wesołość nieco opadła, kiedy zobaczyła kota. Spojrzała na mnie takim wzrokiem jakby mówiła: "po kiego grzyba przyprowadziłaś tu tego diabła" czy coś w tym stylu. Malina natomiast zbytnio się nią nie przejęła i zaczęła zwiedzać pomieszczenia oraz wyjadać Milce karmę. Młoda obserwowała go z daleka, nie mając ochoty podchodzić. Jako wynagrodzenie za moją tygodniową nieobecność i sprowadzenie diabła do domu, spała ze mną w łóżku.


Od tamtego dnia minęły równo dwa tygodnie. Malina rośnie naprawdę szybko, a przynajmniej tak mi się wydaje. Jest bardzo energiczna, chętnie odkrywa nowe zakamarki domu, uwielbia bawić się zgniecionymi kartkami papieru, nadal nie lubi chodzić po trawie i nadal wyżera Milce karmę, ale i ona nie pozostaje je dłużna.
Kontakt Milki z kotem jest trochę lepszy. Nie śpią jeszcze razem w jednym miejscu, ale bez problemu przebywają w tym samym pomieszczeniu. Nie zostawiamy ich jednak razem samych. Jeżeli nikt nie przesiaduje na parterze to zazwyczaj albo kot, albo pies idzie na górę. Milka warczy na kota, kiedy je, a ten jest obok; czujnie obserwuje kota, kiedy zrobię "psik" w jego stronę; chętnie wącha kota, kiedy go trzymamy i on na nią nie patrzy. Nie wiem czy kiedyś dogadają się w stu procentach, ale póki się nie gryzą można powiedzieć, że jest świetnie.

Na dniach wybieramy się z Maliną do weterynarza na szczepienie i prawdopodobnie na drugie odrobaczenie. Pogadamy również z nim o sterylizacji.

A Wy macie kota i psa razem w domu? Jak się dogadują? 
Może macie jeszcze jakieś pytanie dotyczące relacji Milki i kota? 
Czy na blogu mają pojawiać się od czasu do czasu posty o Malinie? Czy pozostać tylko przy wiejskim kundlu?

Pozdrawiamy,
A&M&M

Jedyne jak na razie wspólne zdjęcie ;d

Komentarze

  1. Mój dom jest antykoci (nie, nie tak, że kotów nie lubimy, ale nie chcemy), więc jeżeli już miałby być kolejny domownik nieklatkowy to tylko pies. Ale mimo to chętnie tu czasami wpadnę, żeby poczytać nie tylko o psich przygodach, ale i kocich.
    Pozdrawiamy Bel & Fleur
    Flerekmorelek.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz